Piękny styl, czyli książka na ratunek

06.12.2018, Ewa Frączek-Biłat
Terminarz

O BEŁKOCIE

Świat bełkocze. Bełkocze jawnie i mniej jawnie, jeszcze trochę i bełkot będzie pierwszym dźwiękiem, jaki będą słyszeć dzieci przychodzące na świat. Jeśli ktoś lub coś może temu zaradzić, to będzie to między innymi Stven Pinker i jego książka.

Rys 1. Bełkot jawny. Źródło: forum internetowe

 

Niestety – najbardziej bełkoczą ci, którzy chcieliby uchodzić na intelektualistów. Pewnego dnia Alan Sokal, naukowiec, zrobił sobie z humanistów – czyli tych, którzy podobno pięknie piszą – głupi, choć bardzo mądry żart. Opublikował w naukowym czasopiśmie artykuł pt. Transgresja granic: ku transformatywnej hermeneutyce kwantowej grawitacji. I cały artykuł był następnie taki, jak jego tytuł: bez sensu. Jego celem było wykazanie, że intelektualiści-humaniści używają pojęć naukowych, właściwie ich nie rozumiejąc. Artykuł odniósł sukces, tyle, że po ujawnieniu jego rzeczywistego przesłania zawartego w braku przesłania, redaktor naczelny „Social Text” stracił pracę, a Sokal został wpisany przez redakcję na listę autorów, których prace nie będą publikowane. Toteż humaniści, jak widać, mają nie tylko kiepski wyobrażenie o tym, czym jest nauka, ale także kiepskie poczucie humoru.

Rys 2. Bełkot mniej jawny. Źródło niech pozostanie litościwie nieznane, wspomnijmy tylko, że fragment pochodzi z podręcznika akademickiego na kierunku: kulturoznawstwo.

 

Bełkot boli.

Bełkot boli. Tych, którzy kochają język, boli świadomie. Dla tych, którzy nie przywiązują do niego wagi, jest raczej jak guzek, który stale rozwija się w ich ciele, nawet jeśli oni jeszcze nie czują jego konsekwencji. Celem Pinkera jest więc wybawienie świata od mętnych, jednostajnych słów produkowanych wyłącznie po to, aby były. Od słów, bez których nasza rzeczywistość byłaby albo dokładnie taka sama jak z nimi albo lepsza. A przynajmniej bardziej estetyczna – jeśli czas, który przeznaczamy na kolejny jałowy artykuł, poświęcilibyśmy na przykład na siłownię.

Pinker zabiera się do roboty solidnie. Zaczyna od obalania mitów. I stylistycznych i społecznych. Odległe światy? Niekoniecznie. Okazuje się, że reanimacja ludzkości oczadzonej błędnymi przekonaniami na temat języka może pomóc także w stosunkach międzyludzkich. Ale o tym później.

1. Mit pierwszy: strona bierna.

Oto mit pierwszy, powszechny jak to, że szczepionki powodują autyzm. Autorzy podręczników tzw. „dobrego pisania” zachowują się, jakby każdorazowe użycie strony biernej powodowało śmierć jednej orki. Żeby było śmieszniej przestrzegają przed nią na przykład tak: „Wiele nudnych zdań może zostać ożywionych (sic!) poprzez wprowadzenie czasownika przechodniego w stronie czynnej” (Elements of style, W.Strunk i E.B.White, 1999). Po ostrzeżeniu czytelnik poznający sekrety „słusznego” pisania dowiaduje się, że na szczęście ma jeszcze szansę na poprawę. Niebo różowieje, a on zaczyna pieczołowicie rozwiązywać zadania o treści „Wyłap czasownik w stronie biernej i szybko zastąp go właściwą formą, zanim będzie za późno”.

Nie do końca tak…

Tymczasem nieprawdą jest, że zamiana strony biernej na czynną jest jak dla ludzkiego organizmu zastąpienie chipsów owocami morza. Wystarczy popatrzeć na te zdania:

Kilka dni później Marylka dostaje fotografie […], widać na tych fotografiach człowieka, który ją pobił i który jest pobity, i jest on pobity bardziej niż ona. Marylka kiwa obandażowaną głową”

(Król, Sz. Twardoch, 2016)

albo:

Przelewając swoje staropanieńskie frustracje na program, mury i uczniów placówek oświatowych, ciotka wychowała plemię dzieci i młodzieży, które czuło w sobie pradawną mściwość […]. O, wszechobecna zapiekłości ciotek żyjących w staropanieństwie, wżarta w ściany domu! Meble aż się wypuczyły pod kłującą tapicerką zgryźliwości; staropanieńskie stłumienie zostało wszyte w ściegi zasłon. Gorycz dobywała się ze szczelin

(Dzieci północy, S.Rushdie, 1981).

Oczywiście strona bierna nadużywana jest toporna, ale zastępować ją czynną nie należy wtedy, kiedy tylko się da, ale wtedy, kiedy czynna brzmi lepiej. Czyli pewnie w jakichś 85 proc. przypadków.

2. Mit drugi: słodki jak miód

Pinker przyznałby, że gorszy od wyświechtanych słów i zwrotów jest tylko zimny rosół. Pisze o nich z wyjątkową – i zrozumiałą – niechęcią. Obala jednak mit, że trzeba się w ogóle się ich pozbyć, proponując w zamian zabieg, który sprawdza się (prawie) zawsze i (prawie) zawsze świetnie – żart z idiomów. Może on przybrać różne formy. W wyświechtanym zwrocie można zmienić jedno słowo, można też użyć go w nietypowej sytuacji.

Po co? Gdy zmienimy w sposób zaskakujący najbardziej nielubiany frazeologizm, czytelnik zamiast ziewnąć, skupi na nim swoją uwagę. Jest to zjawisko nazywane brzydko, bo z angielska nexting. Nasz umysł, znudzony wyświechtanymi zwrotami, sam dopowiada sobie ciąg dalszy, wie, że czego Jaś się nie nauczy, tego Jan nie będzie umiał dokładnie tak, jak wie, że w tanim romansie babka biegnąca za odlatującym facetem, któremu nie zdążyła wyznać miłości, dopadnie go w ostatniej chwili. Zaskoczmy więc biednego czytelnika. Powiedzmy, że czego Jaś się nie nauczy, o to Jan nie będzie się martwił. Niech kobieta, której mężczyzna się oddala, po prostu do niego zadzwoni. Będzie szybciej i zmarnuje się mniej papieru.

A użycie frazeologizmu w nietypowej sytuacji sprawi, że nabierze on lekkości i świeżości Zosi w ogródku. Pinker podaje przykłady, które w tłumaczeniu na polski są niefortunne, bo oddalone od naszej wrażliwości językowej, ale na szczęście łatwo znaleźć własne. Na przykład nadanie pewnemu czasopismu tytułu „W kratkę”, jeśli prowadzi je grupa więźniarek w zakładzie karnym. Autentyk.

3. Mit trzeci: Mit nad mitami

Najwięcej miejsca i energii Pinker poświęca absurdalnemu lękowi przed słowom-nowinkom. Biedny autor przewodnika po pięknej polszczyźnie vel angielszczyźnie czy włoszczyźnie wyśmiewa nowomowę, a tymczasem mija pięć lat i co? I słowo się przyjmuje. Tak było z krytykowanymi przez cytowany duet White/Strunk słowami typu „debiutować”, czy „kontaktować się” (to ostatnie słowo określane było np. mianem „niejasny, napuszony”). Oczywiście cały czas mowa o angielskim i nasze poczucie napuszoności i niejasności będzie inne, niemniej histeria z powodu słów „jury” sprzed kilku dekad czy „hejt” sprzed kilku lat sprawia, że mniej więcej możemy przebić Pinkerowi piątkę zrozumienia.

Polskim Pinkerem, tak przy okazji, jest Miodek, który często grzmi, aby nie histeryzować, gdy widzimy obce nam słowo coraz częściej i częściej. Że nie oznacza to, iż kultura upada, zmierzch następuje i za chwilę wszyscy będziemy tylko stękać i posługiwać się skrótami typu „lol”, bo sekret pięknej mowy zostanie pochowany wraz z ostatnim dzieckiem urodzonym przed Markiem Zuckerbergiem.

Ta dzisiejsza młodzież

Tak w ogóle, to już od XVIII wieku przekonywano, i w Polsce i w Pinkerowskich Stanach, że młodzież to panie drogi, nie umie już mówić! A jak się z każdą nową dekadą okazuje – jednak umie. Zarzucenie globalnego marudzenia na język młodzieży nie tylko zaś otworzy umysł na nowinki językowe, ale i pogodzi zwaśnione generacje. Oto pokojowa misja książek godna Nobla! Wyjaśnienie rodzicom, że ich dzieciom nic nie będzie, jak posłużą się skrótami lub ominą interpunkcję w rozmowie na Messangerze. Bo w liście motywacyjnym już sobie na to nie pozwolą. A ci, którzy narzekają na spadek czytelnictwa i hekatombę z apokalipsą w jednym, niech lepiej spojrzą na statystyki dotyczące analfabetyzmu z wieków poprzednich. Może poprawi im się humor i sami zaczną mówić, że idą na bro.

Blue Monday

Strona bierna, idiomy, krótkie akapity i inne, nieopisane tu mity stylistyczne są jak wiara w Blue Monday albo w to, że jeśli zawiążemy na palcu czarną nitkę, zniknie nam z oka jęczmień. A przecież czytelnicy współcześni, przesiąknięci duchem sceptycyzmu i eksperymentów stylistycznych, nie zadowolą się wskazówką podarowaną przez speców od pięknego pisania, że „tak ma po porstu być”, ale oczekują od nadawcy komunikatu odpowiedniego uzasadnienia jego wskazówki.

Dlatego gdy Pinker omówi już, co jest złe w podręcznikach dobrego pisania, zabiera się za robotę Kopciuszkową, oddzielając dobre od złego.

Robi to na przykładach. To jest niezwykle cenne, bo bez przykładów to można tłumaczyć dzieciom ogólną ideę rozmnażania się organizmów, ale na pewno nie tajniki pięknego stylu. I robota, którą Pinker wykonuje, jest świetna. Przytacza fragmenty cenne, błyskotliwe, udane lub po prostu piękne i tłumaczy, dlaczego takimi są. Aby nie popełniać plagiatu, zrobię tak jak on, lecz inaczej. Bo na przykładzie własnym.

Wszystko to zdarzyło się mniej więcej naprawdę. W każdym razie wszystko to, co dotyczy wojny. Pewien facet, którego znałem osobiście, został naprawdę rozstrzelany w Dreźnie za kradzież czajnika[1] […]. Prawdą jest też, że w roku 1967 odwiedziłem ponownie Drezno za pieniądze fundacji Guggenheima (niech je Bóg ma w swojej opiece[2]). Przypominało bardzo Dayton w stanie Ohio, tyle że więcej tu wolnych terenów. Ziemia tutaj musi zawierać tony mączki z ludzkich kości[3]. Pojechałem tam z moim dawnym frontowym towarzyszem Bernardem V. O’Hare i zaprzyjaźniliśmy się z taksówkarzem, który zawiózł nas do rzeźni, gdzie zamykano nas na noc, kiedy byliśmy jeńcami. Nazywał się Gerhard Müller[4]. […] Ma miłe, małe mieszkanko, a jego córka studiuje na wyższej uczelni. Jego matka spłonęła podczas bombardowania Drezna[5]. Zdarza się i tak[6]

(K. Vonnegut, Rzeźnia nr 5, 1969).

 

[2] Wtrącenie, a ile finezji. I to jeszcze wspomniany slogan, wyświechtany frazeologizm: rzecz niby literacko szkodliwa, a jednak, jak widać, nieszkodliwa, gdy użyta niesztampowo, umiejętnie.

[3] A zatem ziemia jest jednak nieco inna niż w stanie Ohio… Taki drobiazg.

[4] Zamykano nas w rzeźni. To chyba informacja przykuwająca uwagę? Chcemy wiedzieć, jak to, co się tam działo? A jednak skupimy się przez chwilę na imieniu taksówkarza. Nasza ciekawość musi zaczekać. Książki nie odłożymy.

[5] Poznajcie się. To moja mamusia, to mój tatuś, dziadziuś leży w piachu.

[6] Komentarz po informacji o bombardowaniu. Bezcenny. I wbrew pozorom groźny, a nie zabawny.

 

KLASYKA. O STYLU POŻĄDANYM.

Klasyka to dobro

Gdy mity są zniszczone, a światło od ciemności oddzielone, Pinker wyjaśnia czym jest styl klasyczny. Tym się teraz zajmiemy trochę szerzej. A gdy już czytelnik dowiaduje się, czym klasyka jest, przestaje mu się ona kojarzyć z warsztatami filmowymi, na których prowadzący marnuje pół godziny opowiadając o tym, czym według Arystotelesa było mimesis i jak im się to przyda w przyszłym życiu filmowca.

Prawda i przekaz

Bo klasyka, styl klasyczny, dla Pinkera to nie Homer i jońska kolumna. Styl klasyczny tym różni się od innych, romantycznych czy kontemplacyjnych, że – po pierwsze – jego zadaniem jest ukazanie pewnej prawdy. O świecie, o człowieku, o działaniu pigułek antykoncepcyjnych, o wojnie w Wietnamie lub o tym, że świat bełkocze. Forma może być różna, fabularna, popularnonaukowa, metaforyczna, nawet wierszowana, jeśli trzeba. Ale ukazuje prawdę.

Po drugie styl klasyczny to założenie, że coś przekazujemy, tłumaczymy. Coś, co uznajemy za obiektywnie ważne. Nie własną wizję, nie historię swojej miłości, ale pewien cel, w ramach którego powstał artykuł i książka. To dlatego stylem klasycznym nie będzie praca semestralna, czy artykuł w pdfie, który powstał, aby doktorantowi nabić punktów ministerialnych za publikację. Ale praca semestralna, czy artykuł w pdfie, który powstał, gdyż jego autor chciał czytelnikowi coś wyjaśnić – już tak.

Literatura a szczerość

W stylu klasycznym nadawca uważa, że istnieje w świecie coś niezrozumiałego, co należy wyjaśnić, albo godnego uwagi, czym można się podzielić. W tym sensie nawet romans może być nieromantyczny, lecz klasyczny – jeżeli niesie przesłanie, które autor uważa za prawdę o człowieku. Jeśli ktokolwiek czytał Intrygę małżeńską Eugenidesa wie, o czym mowa.

Oczywiście, powtórzę się, można to zrobić w różnej formie, nawet zwariowanej. To akurat nieistotne. W klasyce liczy się założenie, że jakoś jest naprawdę i że autor wierzy w to „jakoś”. Bo wierzcie lub nie, ale kłamstwo w literaturze widać. I naukowej i beletrystycznej. Tu oklaski dla Pinkera za jego podkreślanie, że ideał klasycznej prozy to taki ideał, w którym napisane jest spójne z przekonaniami. Czyli, jak to mówią licealiści, można utożsamić podmiot liryczny z autorem.

Nie tylko literatura…

Swoją drogą klasyczny styl to nie tylko ideał pisarstwa jako takiego. Dziennikarze wiedząc, że puszczają tak trochę kaczkę, łamią w zarodku wielkie, etyczne założenie, aby pisać, w co się wierzy. A pracownicy muzeum – na co zwrócił uwagę Pinker – niszczą klasyczny przekaz, gdy zamiast wyjaśniać zwiedzającemu, czym jest gliniana skorupa, informują po łacinie, z jakiego stylu garncarskiego pochodzi. Jeśli więc czytasz coś, co przekazuje ci jakąś myśl, a jednocześnie jest zrozumiałe i nie masz podejrzeń, że autor potępiając wycinanie drzew, ostrzy sobie piłę – gratulujemy, trafiłeś na klasykę.

WUJEK PINKER RADZI

Na końcu Pinker ostatecznie pewne rady formułuje, ostatecznie nie na krytyce poprzedników bazuje dobry podręcznik. Przy czym wszystkie wskazówki traktuje on nie jak katolicy dogmat o św. Trójcy, ale jak coś, co można – jak w przypadku sloganów i strony biernej – traktować w miarę możliwości elastycznie.

1. Powiedzmy to w „cudzysłowie”

Rada Pinkera numer jeden – odrzuć cudzysłów. Cudzysłów to bolączka tekstów pseudonaukowych, ale w literaturze innego typu także irytuje. Popatrzmy na to, na fragment dobrej skądinąd książki:

Makabryczna „groteskowość” samobójstwa popełnianego w dziwaczny sposób, która zbliża akt samobójczy do śmieszności, umieszcza nas w „bezpiecznej” strefie poza zasięgiem „dewiacyjnych skłonności”. Tak przekonujemy siebie, że samobójstwo nie należy do świata „zwykłych, normalnych ludzi”

(S. Chwin, Samobójstwo jako doświadczenie wyobraźni, 2010).

Nawiasem mówiąc cudzysłów to plaga głównie filozofów. Jeden z nich, Jaques Derrida, o którym można by długo powiadać i to bez zachwytów, to ojciec cudzysłowów. Wspomina też o nim Pinker, gdyż każdy, kto zastanawia się nad tym smutnym zjawiskiem, po prostu musi się na francuskiego filozofa powołać. Jeszcze gdyby używał on cudzysłowów tylko dla siebie, nie było by tak źle. Ale on zaraził nimi całe pokolenie tak zwanych postmodernistów. Nic dziwnego, że w pewnym satyrycznym czasopiśmie po śmierci Derridy pojawiła się taka oto informacja: Derrida „umarł”. Poczucie humoru Francuzów wygrywa.

2. Nie znakuj drogi niepotrzebnie

Nad tą wskazówką nie ma co się szczególnie rozwodzić, uważam zresztą, że jakiejś szczególnie oryginalnej myśli Pinker tu nie wniósł. Jemu chodziło o literaturę naukową głównie, choć moim zdaniem chodzić mu powinno zarówno o literaturę naukową, jak i o Remigiusza Mroza. „Znakowanie” drogi to uznanie, że nasz czytelnik ma tylko jedną półkulę mózgu, względnie, że skończył szkołę podstawową wyłącznie za pomocą łapówek. To, innymi słowy, nieustanne powtarzanie tego, o co chodzi. Albo, znane z prac dyplomowych, nieustanne powtarzanie, czym zajmę się w rozdziale pierwszym a czym zajmuję się teraz.

A przecież nudne drogowskazy da się zastąpić. Na przykład pytaniem. Dzięki temu zamiast informowania, że zajmiemy się w tym akapicie wyjaśnieniem, jakie czynniki wpływają na rozwój zainteresowania podróżami na Daleki Wschód, wystarczy zapytać: Dlaczego tak chętnie jeździmy na Daleki Wschód? I od razu robi się wszystkim lżej, a drzewa nie umierają na próżno.

Przy okazji: bardzo ciekawe jest u Pinkera zagadnienie łączące kwestie psychologiczne ze stylistycznymi. Problemem ludzi piszących tak, że warto ich cytować w kolumnie zatytułowanej „tego nie robimy”, to według niego niepewność siebie i narcyzm w jednym. Bo jak inaczej wytłumaczyć to, że w nauce mnożą się jak kijanki teksty typu „Omawiane zagadnienie jest szczególnie trudne” (w domyśle: ach, jaki jestem mądry), a dziennikarz zanim wydusi jakąś nową myśl, odbywa na ogół przed kamerami coś w rodzaju godowego, egocentrycznego tańca?

3. No i przysłówki…

Na koniec Pinkerowskich wskazówek jedna mała, a zgrabna: jak wszyscy straszą przed przymiotnikami, tak on widzi nieszczęście raczej w przysłówkach. Przymiotniki nagromadzone jak mak w kutii mogą być zabiegiem artystycznym, choć podobnie jak w przypadku strony biernej – rzadko. Ale to przysłówki są gorszą plagą i nie wnoszą często niczego. Czy gdy opisujemy dziewczynkę leżącą w nocy pod łóżkiem z poduszką na głowie, to zdanie „Och, jak bardzo się bała” naprawdę buduje nam inny obrazek niż zdanie „Och, jak się bała!”?. A czy „odpowiedział celnie” stosowane przez biednego Mroza naprawdę nie odbiera czytelnikowi jakże miłej zabawy polegającej na samodzielnym ocenianiu tego, czy odpowiedź była celna, czy też nie?

TAK, TU BĘDZIE PODSUMOWANIE

Książka jest warta uwagi. Za to, że zaczyna rozważania od zupełnie innej strony niż szeregi podręczników podobnego rodzaju. Za to – najbardziej – że jej autor nie płacze, że język umarł a ludzie kiedyś to w ogóle byli ładniejsi. Za to, że ciekawe wplątuje wątki społeczne. Że odważył się nazwać bełkoczącego człowieka egoistą, który jest winny temu, że niczego nie rozumiemy. Czyli za to, że nie skopiował podręcznika „Jak pisać” i nie stworzył własnego pod tytułem – oczywiście – „Jak pisać”.

Inną sprawą jest to, że pewnych oczywistości się nigdy nie uniknie. Aby używać języka dostosowanego do odbiorcy, aby odłożyć swój tekst na później i przeczytać go na zimno, aby nie używać niepotrzebnych słów…

Szczególnie to ostatnie powtarzane było tyle razy, że aż dziwne, że ludzi wciąż omija ten komunikat. Zasady ekonomii myślenia formułowano już w starożytności (Platon w Parmenidesie, Arystoteles w Fizyce), a Wilhelm Ockham zradykalizował jej twierdzenia i uczynił istotnym elementem swojej filozofii. Zasada brzytwy brzmi, aby nie należy wprowadzać nowych pojęć i założeń, jeśli nie ma się ku temu mocnych podstaw.

To czemu styl ma znaczenie?

  1. Piękny styl ma znaczenie, bo ułatwia czytanie. Naukę. A nawet może uratować życie, użyty na instrukcji obsługi piecyka gazowego. Albo pozwolić na uniknięcie kłótni – zauważmy, że gdy niezbyt precyzyjnie będziemy polemizować na Fejsbuku ze znajomym, lawina „nie o to mi chodziło” może doprawdy być bardziej męcząca niż pytania trzylatka.
  2. Styl służy też temu, aby zapewnić nam pracę, gdy wyróżnimy się nim na liście motywacyjnym. Aby nie produkować słów posłużę się cytatem z bloga biznesowego przywoływanego przez Pinkera, na którym szef jednej z form wyjaśnia, że jeśli ktoś potrzebuje dwudziestu lat, aby nauczyć się, jak pisze się it`s, to „jego tempo uczenia się nie jest zbyt obiecujące”.
  3. Piękny styl jest piękny. W czasach, w których chcemy, aby photoshop wymazywał nam nawet pory skóry za uchem, powinien być to argument druzgocący.

Obserwuj

Newsletter

Copyrights by: Kamil Kozieł       Projekt i realizacja:   Polityka prywatności