O wystąpieniu roku 2017

31.12.2017

Widziałem w tym roku doskonałe wystąpienia. W wykonaniu Janiny Bąk (znanej niektórym jako Janina Daily), Radka Kotarskiego, Piotrka Buckiego i jeszcze kilku osób. Każde z nich mogłoby spokojnie przywdziać polskie barwy na ewentualnej prezentacyjnej Eurowizji i liczyć prawie na tyle głosów, co siostry Godlewskie. Jednak w kategorii długotrwały wpływ na swoją publiczność, żadne nie zbliżyło się do kogoś, kogo zobaczyłem w dość nietypowym – jak na perfekcyjny komunikat – miejscu.

Sandomierz, pierwsza komunia święta

Przyjechałem tam w strategicznej roli, gdyż byłem chrzestnym, więc odpowiadałem za monetyzację. Stoję z tyłu za ławkami i obserwuję, jak dziadkowie, wujostwo i same dzieciaki pokornie wegetują przez pierwsze dwadzieścia minut zgranej liturgicznej formuły. Tłum wyraźnie dzieli się na dwie frakcje. Ta po lewej, to typowi liderzy peletonu kościoła. Zawsze pierwsi wiedzą kiedy klęknąć, przeżegnać się i wstać. Frakcja po prawej jest wyraźnie zagubiona, wygląda jakby wpadała tu tylko na imprezy rodzinne i ściąga wszystkie ruchy od tych po lewej. Cisza. Dziesięć sekund ciszy. Dwadzieścia sekund ciszy. Frakcja po lewej stronie zaczyna się rozglądać, to i frakcja prawej zaczyna się rozglądać. Trzydzieści sekund ciszy. Frakcja po lewej stronie zaczyna szemrać, to i frakcja po prawej stronie zaczyna szemrać.

– No dobrze moje drogie dzieci, nie dostaniecie dziś tej komunii za darmo – przerywa ciszę baryton z głośników. – Bo w życiu to nie jest tak, że wszystko przychodzi gratis. Na pewne rzeczy trzeba sobie zasłużyć, Dlatego, abyście mogli przystąpić do sakramentu, musicie wykonać zadanie. Musicie mnie odnaleźć. Dla ułatwienia jestem księdzem, trzymam mikrofon i ukrywam się w kościele. Na zadanie macie 5 minut. Czas start! Biegajcie!

Komenda „biegajcie!”, wydana do hordy dziesięciolatków, nie jest czymś, co trzeba dwa razy powtarzać. Dzieciaki rozlatują się po kościele, niczym wypłata po tygodniu. Frakcja po lewej stronie wpada w coś, co nazywam kompulsywnym oddechem oburzenia. Coś jak końcówka szlochania, tylko zamiast łez pojawia się chęć naskarżenia. Twarze frakcji po prawej stronie mówią: „He he! Zajebisty ksiądź! Jest jeszcze nadzieja dla tej wiary!”.

– Powiem wam dzieciaki, średnio to widzę – znów słyszymy niski głos. – Minęły już cztery minuty, a wy nie jesteście nawet blisko. Coś mi się wydaje, że te przyjęcia komunijne trzeba będzie poodwoływać.

W szeregi trzecioklasistów wkrada się delikatny popłoch. Frakcji po lewej stronie z oburzenia skończył się już tlen. Jeszcze trzy minuty tego monologu i będziemy mieli serię udarów. Frakcja po prawej zastanawia się, jak odpalić live streaming z tego wydarzenia. Znów głośniki, tym razem z ciepłym uśmiechem w tle.

– No wreszcie! Gratuluję! Jak masz na imię?
– Wojtek.
– Dobrze Wojtuś, biegnij po kolegów.

Chwilę później eskorta dzieciaków odprowadza księdza z końca nawy, krzycząc przy tym jakby wybierali składy do gry w dwa ognie. Zatrzymują się przed ołtarzem.

– Dzieci, mam pytanie. Kto z was szybko biega?
– Ja! Ja! Ja! Ja! Ja!

Ogólnie pojawia się dużo „Ja!” i rąk w górze.

– A czy ktoś z Was potrafi szybko biegać i jednocześnie zachować spokój?

W ułamku sekundy cisza wypełnia całe prezbiterium, a lekko czterdzieści rąk ściga się o to, która będzie wyżej.

– No dobrze chłopczyku, może ty. Jak masz na imię?
– Piotrek.
– Dobrze Piotruś, robimy tak. Zaczynasz tu, biegniesz na koniec kościoła, dotykasz klamki, wracasz tu, a ja Ci mierzę czas. Może być?

Dla Piotrusia totalnie brzmi to jak plan! Usta frakcji po lewej stronie mają już szerokość zapałki i są o krok od rzucenia: „Roman! Wychodzimy!”. Frakcja po prawej stronie założyła właśnie fanpage „Lubię Księdza z Sandomierza” i ustawia płatną promocję. Nie jestem nawet pewien, czy już nie mam zaproszenia. Piotrek rusza i po chwili wraca. Za chwilę biegnie jakaś dziewczynka, ksiądz ogłasza czasy i kontynuuje przedstawienie.

– No dobrze dzieci, powiedzcie mi, jak tam biegłyście, to co widziałyście?
– Nooo… metę!
– A widziałyście może te niebieskie obrazy u góry?
– Nie.
– A widziałyście tę smutną panią, w trzecim rzędzie?
– Nie
– A Piotruś, ten pan w środku, z tymi łzami wzruszenia, to twój tato?

Piotruś kiwa głową.

– A widziałeś te łzy wzruszenia?

Piotruś kręci głową.

– Bo widzicie dzieci, w życiu to jest tak, że biegniecie, najpierw szkoła, potem studia, później praca i umyka wam to co naprawdę ważne, bo żeby to dostrzec, to musicie się na chwilę zatrzymać i pomyśleć. Bo przyjdzie Piotruś taki moment, że po te łzy wzruszenia ojca, to będziesz musiał na cmentarz jechać.

Lewa strona beczy. Prawa strona beczy. Lewa strona szlochając szepcze: „Super Ksiądz! Super Ksiądz!”.

4 godziny później stoję z moim chrześniakiem. Jestem już po fiskalizacji, więc nasze relacje nigdy nie były tak dobre.

– Kuba, dlaczego ksiądz zorganizował w kościele te gry i zabawy? – pytam niby od niechcenia.
– No wiesz, może się okazać, że tata zachoruje, mama zachoruje, ja wtedy muszę rzucić wszystko i zastanowić się, jak im pomóc.

Kurtyna.

Najważniejsza litera „przypadkowego” akronimu

Uprzedzając pytanie, historia jest prawdziwa. Opowiadam ją czasem na szkoleniach i za każdym razem gwarantuje mi ona siedem minut uwagi, która wzmaga się, gdy padają słowa: „No dobrze moje drogie dzieci, nie dostaniecie dziś tej komunii za darmo”. A dzieje się tak z jednego powodu, jaki bracia Chip i Dan Heath opisali w książce „Sztuka skutecznego przekazu czyli przyczepne koncepcje”. Zebrali oni miejskie legendy, najlepsze reklamy oraz kampanie społeczne i znaleźli ich cechy wspólne. Dokładnie sześć cech wspólnych, których pierwsze litery składają się (całkiem przypadkiem!) w akronim SUCCES. W mojej opowieści uwagę zapewnia literka „u” jak „unexpected”. Moment, w którym ksiądz informuje o warunkach sakramentalnego kontraktu, łamie schemat narracyjny mszy świętej, uruchamiając w głowach słuchaczy zaskoczenie – najpotężniejszą broń każdego storytellera – bez względu na to, czy piszesz książkę, scenariusz filmu, czy jesteś księdzem z Sandomierza.

Jednak samo zaskoczenie nie dałoby księdzu ani tytułu wystąpienia roku dwa tysiące siedemnastego, ani uwagi dzieciaków. Do tego potrzebne były jeszcze dwa czynniki.

I wódź nas na pokuszenie

Pierwszy z nich możemy znaleźć wertując strony książki „Zafascynuj ich! 7 metod na skuteczną perswazję i wzbudzanie zachwytu”, autorstwa Sally Hogshead. Amerykańska badaczka (wiem jak to brzmi) i guru marketingu sprawdziła komunikaty w poszukiwaniu czynników fascynacji i wyróżniła siedem. Ten, który zadziałał na dzieci w Sandomierzu to czynnik szósty, czyli „występność”. Dzieci normalnie nie mogą biegać w kościele, ale tym razem im pozwolono. Wszystko po to, aby mógł zadziałać najskuteczniejszy znany mi schemat edukacyjny w wystąpieniach, obecny też w dobrych filmach, kampaniach społecznych i reklamach.

Doświadczenie + wyjaśnienie

Za każdym razem, gdy pozwolisz widzowi czegoś doświadczyć, a potem złapiesz go na gorącym uczynku i wyjaśnisz mu, czemu tak się stało, najprawdopodobniej zgodzi się z Tobą i zapamięta Twój przekaz. Trochę jak w poniższej kampanii społecznej.

Twórcy kampanii wykorzystali błąd poznawczy zwany „selektywną percepcją”. Ksiądz wykorzystał występność. W obu przypadkach pozytywnie zdziwiona publiczność nauczyła się czegoś, co będzie w niej długo rezonować.

Takich pozytywnych zdziwień podczas prezentacji, życzę Wam w 2018 roku!

Wszystkie

Obserwuj

Newsletter

Copyrights by: Kamil Kozieł       Projekt i realizacja: