O dwóch kumplach, co poszli na piwo, lekcjach od artystów i dekonstrukcji

24.09.2017

W scenie gra dwóch kumpli. Siedzą na piwie i rozmawiają o typowych rzeczach, o których kumple zwykle rozmawiają przy piwie. O finalistach Konkursu Chopinowskiego, poezji śpiewanej i Bozonie Higgsa. Gadka ciągnie się przez 5 minut, po czym wybucha bomba. Dla widza śmierć tych bohaterów jest warta 15 sekund emocji. Jednak jeżeli weźmiesz tę samą scenę, tych samych dwóch kumpli, nawet gadających na nudniejsze tematy, typu Liga Mistrzów, kobiety czy szybkie samochody, ale na początku pokażesz widzowi, że pod stołem jest bomba, która wybuchnie za 5 minut, napięcie będzie trwało właśnie tyle.

Ta sztuczka nazywa się Bombą Hitchcocka i jest sprawdzonym storytellingowych schematem wywołującym napięcie. Polega na tym, że informujesz publiczność o ryzyku, szansie, lub jakimkolwiek innym potencjalnym zdarzeniu, które może drastycznie wpłynąć na sytuacje, w której znajduje się bohater. Jeżeli oglądałeś Bękarty Wojny, kojarzysz scenę, w której Quentin Tarantino wykorzystał ten mechanizm. Hans Landa, nazistowski oficer przyjeżdża, wraz z małym orszakiem żołnierzy, do domu francuskiego rolnika. Szuka Żydów, których mogą ukrywać Francuzi. W trakcie rozmowy, kamera zjeżdża pod podłogę pokazując widzowi chowającą się tam rodzinę. Świadomość, że pod stołem jest „bomba” stwarza napięcie.

Alfred Hitchcock znał tę sztuczkę od połowy XX wieku, a od niedawna, spece od badań nad mózgiem potrafią wyjaśnić czemu ona działa. Moritz Lehne i Stefan Koelsch przestudiowali tony naukowych prac w poszukiwaniu badań nad napięciem i suspensem, sami trochę poeksperymentowali, po czym zawarli wnioski w artykule Toward a general psychological model of tension and suspense. Wyodrębnili 8 czynników, które towarzyszą nam przy napięciu lub suspensie. Ostatnim z nich i tym wyraźnie odczuwalnym przy Bombie Hitchcocka jest brak kontroli. Widz myśli sobie co by zrobił na miejscu bohaterów, których ogląda (czyli empatyzuje z nimi poznawczo), bohaterowie gadają przy piwie, a bomba tyka. Widz chce krzyknąć: Skończcie gadać! Uciekajcie! Jednak nic nie może zrobić. Suspens potrwa do następnej nowej stabilności. Z trupami lub bez, ale do nowej stabilności.

Legoland storytellera

Bomba Hitchcocka jest dla mnie pretekstem do wprowadzenia Cię w świat dekonstrukcji kreacji, w taki Legoland storytellera, w którym znajdziesz klocki do złożenia dowolnej reklamy, prezentacji czy tekstu. Bo żadne fajne historie, żarty czy seriale, nie są fajne, bo są fajne, tylko są fajne, bo zostały przygotowane wedle wyjaśnialnych reguł. I to jest dobra wiadomość, bo musisz tylko dowiedzieć się o ich istnieniu, zacząć je dostrzegać u mistrzów i nauczyć się wszczepiać je we własną twórczość. A o to jak to zrobić.

1. Złap się na czymś, co Ci się podoba

Może być to książka, której nie odkładałeś mimo zalanych od łez ziewania oczu. Może to być serial, który oglądałeś do drugiej krwi, a może to być stand-up, z którego najchętniej śmiałbyś się w Amsterdamie. Nieważne co to za twórczość, w Twojej prywatnej kategorii pt. Wybranka gustu, ma ona być dychą. Gdy już ją znajdziesz przejdź do punktu drugiego.

2. Poluj na „Aha!”

Powiedzmy, ze rozśmieszył Cię żart Ricky’ego Gervaisa rzucony przez niego podczas prowadzenia gali Złotych Globów.

A tak na poważnie, patrząc na Wasze twarze (wskazał na siedzących na sali aktorów z Hollywood), przypominam sobie o wspaniałej robocie wykonanej w tym roku. Przez chirurgów plastycznych.

Ten żart, to typowy one-liner (czyli taki, który ma zazwyczaj dwie linijki; nigdy nie zrozumiem tej nazwy). Składa się z trzech części. Dwóch wyraźnych i jednej trochę mglistej. Pierwsza wyraźna część to wprowadzenie:

A tak na poważnie, patrząc na Wasze twarze, przypominam sobie o wspaniałej robocie wykonanej w tym roku.

Rolą tej części jest zmylić widza. Sprawić, żeby jego mózg poszedł w ciemno za pierwszym skojarzeniem. Większość osób pomyśli tu o wspaniałej grze aktorskiej. I wtedy właśnie wkracza ten mglisty, sekretny, wysublimowany składnik żartu. Choć w przypadku tego one-linera bardzo czytelny (dlatego użyłem go jako przykładu). To łącznik, czyli ta rzecz, która pozwala na reinterpretację myśli we wprowadzeniu. Łącznikiem jest tu:

Wspaniale wykonana robota.

Na podstawie łącznika, komik reinterpretuje znaczenie wprowadzania i redaguje drugą, wyraźną część żartu, puentę.

Przez chirurgów plastycznych.

Pytanie skąd znam tę konstrukcję? Od komików. Dokładnie od moich pierwszych nauczycieli komedii, Sebastiana Rejenta i Czarka Jurkiewicza. Lata temu, dekonstruując prezentacje i szukając odpowiedzi na pytanie: „Dlaczego publiczność śmieje się na konferencjach TED?”, wybrałem się do nich na szkolenia. Pomyślałem, że jeżeli jest ktoś, kto wie, dlaczego coś jest śmieszne, to tym kimś będzie osoba żyjąca z rozśmieszania. Tyle, że jakbyś chciał, to możesz się trochę przyczepić i zapytać: „A ten Czarek i Seba, to wyssali tę wiedzę z mlekiem matki?”. Nie. Też jej szukali. Akurat ten mechanizm obydwaj znaleźli w książce Grega Deana pt. Step by Step to Stand-Up Comedy, z której wyciągniesz wiadro trafnych zaleceń. No dobra, a ten Greg to skąd to wiedział? Zbierał obserwacje i dyskutował o nich ze swoimi kumplami, którzy też zajmowali się komedią np. Frankiem Milesem. Natknął się pewnie na kilka innych badań i w końcu zrozumiał. Szukał momentu „Aha!”. Dekonstruował.

Ty też ich szukaj. A gdy już je znajdziesz, zapisz dokładnie, co zauważyłeś i przejdź do kolejnego punktu, w którym dzieje się pierwsza magia.

3. Obserwuj świadomie

Wiesz już, że humor bierze się z reinterpretacji. Jest to już w Twojej prywatnej mapie komedii. Więc, gdy oglądasz wystąpienie Maćka Stuhra na rozdaniu Orłów 2016, to rozumiesz mechanizm stojący za tym żartem:

Przepraszam, miało być poważnie, a Państwo mają tu polew.

Jeżeli dalej nie rozumiesz, nie mogę Ci pomóc.
Innym razem szukasz wskazówek do żartów i całkiem przypadkiem dowiadujesz się, że absurd to jedno z narzędzi komediowych i nagle wszystkie reklamy Plusa z udziałem Mumio wlatują w tę kategorię. Zaczynasz świadomie obserwować. Mapujesz i rozumiesz. Czujesz się, jakby ktoś do tekstu dorysował Ci nuty. Taki metajęzyk. XMLa. Dekonstrukcję. I to jest piękne.
Ale, żeby nie było za kolorowo, to przejdę do punktu czwartego.

4. Twórz wedle schematów

Kiedy już masz wrażenie, że poznałeś tajny język przodków i teraz to nie zatrzyma Cię nawet kolejka fanatyków stojąca po Świeżaki w Biedronce, przychodzi moment, który jest bardziej bolesny niż polanie zdartego kolana jodyną. Tworzysz. A raczej próbujesz trafić w schemat. I robisz to z równą gracją co Studio Jajo (jeżeli nie widziałeś tej produkcji, to zazdroszczę). Tworzysz, a papier ciągle zapisuje marność. Frustrujesz się, choć trochę niepotrzebnie. Pewnie nie da się po prostu znaleźć przełącznika w głowie, który – jak to mówią spece od pozytywnego myślenia – każdą porażkę potraktuje jak lekcję, ale jest jedna rzecz, którą zauważyłem po latach i było to wręcz wyzwalające. Gdy studiowałem informatykę ekonomiczną, to na pierwszym roku mieliśmy rachunek całkowy. Nikt się jakoś nie nastawiał, że za pierwszym podejściem rozwiąże każdą całkę. Godziliśmy się na nieudane próby, testowaliśmy różne metody, aż w końcu trafialiśmy. Albo nie, ale nie lamentowaliśmy po trzech złych wynikach. Z komedią, storytellingiem czy wystąpieniami publicznymi, ludzie od razu pragnęliby stać się Louisem C.K., Georgem R.R. Martinem czy Stevem Jobsem. Liczą na to, że w pierwszym podejściu, niczym Neo w Matrixie zainstalują sobie w umyśle wybraną kompetencję. A tu szok, bo tak to nie działa! Choć faktycznie jest jedna różnica między nauką rzeczy technicznych i artystycznych, np. między testowaniem fragmentu kodu w Javie, a testowaniem opowieści. W programowaniu masz debuggera, czyli taki program który wyszukuje błędy. I jak się pomylisz, to debugger powie Ci, że póki co wyglądasz na beztalencie. W kreacji, po litrach wypitej kawy, musisz przejść do punktu piątego.

5. Poddaj się ocenie

Zapytałem Abelarda Gizy:
– Skąd wiesz, że żart, który wymyśliłeś, chwyci?
– Nie wiem. Dowiaduję się na scenie.
Więc możesz przypuszczać, stawiać na to własne dinary, a nawet mieć przeświadczenie graniczące z pewnością, że Twój nowy żart chwyci, Twoja historia stanie się wiralem, a Twoja prezentacja zmieni życie całej publiczności, ale bez testów się tego nie dowiesz. A testy są bolesne, Prawie dwa lata drążyłem temat komedii, zanim zrozumiałem, jak świadomie używać schematów (a dalej daleko mi do zawodowych komików). Nie zliczę słabych prób, które wysłałem do kumpli ze Stand-Up Polska. Za to moment, w którym w końcu rozumiesz struktury na tyle dobrze, że z własnej woli pochwalą Cię ci, których podpatrywałeś, jest warty otwarcia osiemnastoletniej whisky.

I pamiętaj! Jest specjalne miejsce w piekle dla tych, którzy kradną cudze kreacje. Dekonstruuj, ale nie kradnij! Twórz po swojemu. Ja np. ukradłem w życiu dwa żarty i miałem złamane dwie kończyny. Przypadek?

Dekonstrukcja jest trudna, ale moim zdaniem, jest najlepszą metodą nauki dowolnego fachu kreatywnego. Żeby wdrożyć ją w życie, będziesz potrzebować jeszcze jednej rzeczy.

Cierpliwości

Ira Glass, jeden z najlepszych storytellerów, przez 8 lat pisał fatalnie. Jednak skrupulatnie dekonstruował twórczość swoich ulubieńców, gromadził struktury i efekt jest taki, że stworzone przez niego show This american life jest dziś najpopularniejszym na świecie podcastem. Glass jest też autorem cytatu, który doczekał się wielu artystycznych aranżacji, bo był tak trafny, że rezonował z całym kreatywnym światem. My w Prezart postanowiliśmy zrobić własną przeróbkę tej myśli. Jak będziesz mieć dość prób i uznasz się za beztalencie, to przypomnij sobie ten tekst:

Wszystkie

Obserwuj

Newsletter

Copyrights by: Kamil Kozieł       Projekt i realizacja: